Najlepiej sprzedający się solowy album jazzowy w historii? To proste, prawda? Kind of Blue Milesa Davisa.

Otóż nie!

Chodzi o zupełnie inny album, a jego historia zdaje się być równie ciekawa, co samo nagranie.

W 1975 roku Keith Jarrett wszedł do sali koncertowej kolońskiej opery. Za kilka godzin miał się odbyć wieczorny koncert jazzowy, ale fortepian, który dostarczono, okazał się zepsuty. Filc już się wytarł, wysokie tony miały nieprzyjemny, metaliczny ton, czarne klawisze nie powracały, białe grały nieczysto, a pedały nie działały. Na domiar złego instrument był za mały, aby wypełnić dźwiękiem salę koncertową mieszczącą 1400 osób.

Musiała zajść jakaś pomyłka.

Keith Jarrett oświadczył, że nie zagra na tym instrumencie i poszedł do samochodu czekać na nowy. W tym czasie młodej organizatorce koncertu, siedemnastoletniej Verze Brandes, udało się zorganizować tylko stroiciela – na nowy instrument nie było już czasu.

Vera wybiegła więc na zewnątrz i stojąc w deszczu pod samochodem Keitha zaczęła błagać go, aby nie odwoływał koncertu. Gdy tak stała, płacząca, cała mokra i przerażona wizją odwołanego wydarzenia, wzbudziła litość pianisty, który powiedział „Nigdy nie zapomnij… tylko dla ciebie”.

I tak cztery godziny później Keith zasiadł do fortepianu i zaczął grać. Już po chwili okazało się, że publiczność jest świadkiem małego muzycznego cudu. Jarrett omijał wysokie nieczyste dźwięki i trzymał się środka skali, co nadało wyjątkowo spokojne i ciepłe brzmienie jego muzyce. Z drugiej jednak strony, wiedząc, że fortepian jest zbyt mały, Jarrett uderzał w klawisze bardzo energicznie, tak aby tylne rzędy mogły go słyszeć, dzięki czemu spokojnej muzyce nadał wyrazisty i dynamiczny charakter.

Nic dziwnego że publiczność pokochała tę mieszankę. Z resztą nie tylko oni – 3,5 miliona ludzi na całym świecie sprawiło, że właśnie The Koln Concert to najlepiej sprzedający się solowy jazzowy album w historii.

A teraz do sedna.

Przeciwności

Koncert Keitha Jarretta jest tak niesamowity, ponieważ wyjątkowe okoliczności zmusiły go do wzniesienia się na wyżyny muzycznej kreatywności. Gdyby zagrał lub zaimprowizował swój „zwykły” repertuar na zepsutym fortepianie, efekt byłby prawdopodobnie dramatyczny.

To oczywiście nie pierwszy raz, gdy przeciwności losu pomagają się wznosić.

Kilka miesięcy temu pisałem o artyście Philu Hansenie, który stanął przed wyborem: zarzucić sztukę ze względu na rozedrganą dłoń czy znaleźć narzędzie ekspresji, dla którego drobne drgania nie będą miały znaczenia. W momencie, w którym postanowił ujarzmić swoją chorobę („embrace the shake”) jego najważniejsze prace zyskały szansę na powstanie.

Podobnie było z Richardem Fordem, który ze względu na dysleksję musiał poświęcać znacznie więcej czasu na czytanie, ale dzięki temu angażował się w tekst na zupełnie innym poziomie niż reszta artystów, co wkrótce zaowocowało nagrodą Pulitzera.

Na szczęście nie jesteśmy zdani wyłącznie na nasze naturalne słabości czy przeciwności losu. Wiele utrudnień możemy „wywołać” sami.

Oblique strategies

Na warsztatach bardzo często pokazuję jedno z moich ulubionych ćwiczeń na kreatywne rozwiązywanie problemów, czyli wymuszone rozwiązania. Gdy jesteśmy zablokowani i nie wiemy, jak ruszyć z projektem, warto jest rozejrzeć się po pokoju i wybrać pierwszą lepszą rzecz, która stanie się naszym rozwiązaniem. Dzięki temu skupiamy się w pełni na czymś oryginalnym i przełamujemy pewien schemat.

Na tej właśnie koncepcji brytyjski piosenkarz, kompozytor i producent muzyczny Brian Eno oparł swoje Oblique strategies. Początkowo była to lista możliwych sztuczek i zachowań, takich jak:

  • zamieńcie się instrumentami
  • zrób coś nudnego
  • użyj niedopuszczalnych kolorów
  • zrób coś nagłego, destrukcyjnego i nieprzewidywalnego
  • zadzwoń do mamy i zapytaj, co robić dalej

Początkowo lista wisiała na drzwiach studia nagraniowego. Okazało się to jednak zbyt mało losowe, gdyż muzycy wybierali sobie tę radę, która najbardziej im odpowiadała. Problem polegał na tym, że przeważnie było to zbyt komfortowe i wprowadzało za mało zmian, żeby mogło być skuteczne. Listę zamieniono więc na zestaw kart, które Eno losował i wymagał od zespołu, by ten wprowadzał polecenia w życie.

Proces może wydawać się lekki i przyjemny, ale raczej taki nie był – wskutek losowania Phil Collins rzucał przez studio puszkami z piwem, a Carlos Alomar klął i i wyzywał Eno.

Sądząc jednak po sukcesach sprzedażowych i wartości artystycznej takich płyt jak Heroes Davida Bowie, czy Achtung Baby i The Joshua Tree od U2, metoda ma szanse być skuteczną.

Nie musisz szukać decku Oblique strategies na E-bayu, żeby skorzystać z ich mocy. Wystarczy, że wejdziesz na www.oblicard.com, gdzie automat, tak jak kiedyś Eno, wylosuje dla ciebie jedno z zadań.

Esencja

Wprowadzając odrobinę chaosu i nieprzewidywalności do naszej pracy przełamujemy bariery kreatywne i wymuszamy na sobie świeże spojrzenie na projekt. Dzięki temu łatwiej jest dojrzeć wcześniej ukryte niuanse.

Element losowości, jak przy wyborze kart lub przedmiotów, jest bardzo stymulujący, ale nie obowiązkowy. Wystarczy, że na stałe włączysz do swojego artystycznego repertuaru świadomość potrzeby zmiany oraz ciągłego przełamywania rutyny.

F.

* Zdjęcie tytułowe: Bailey Weaver

* Ten wpis powstał na podstawie wystąpienia Tima Harforda, podczas TED Global w Londynie w 2015 roku.