Zapraszam na wywiad z niezwykle ciekawą osobą, która stała się moim przyjacielem, mentorem i katalizatorem wielu pozytywnych zmian w moim życiu. O biciu rekordu Guinnessa, przezwyciężaniu przeciwności losu i o tym jak zmienić życie o 180 stopni.

Filip Pietraszkiewicz: Zajmujesz się pomaganiem ludziom w osiąganiu ich marzeń, zgadza się?

Krzysztof  “Kris” Kuich: Zgadza się! Pracuję z ludźmi, którzy poczuli, że w swoim życiu potrzebują zmiany, chcą czerpać więcej ze swoich dni, rozwinąć swoją pasję, mieć więcej energii, odczuwać więcej szczerej radości i uczucia spełnienia. Wyznaję zasadę, że „gdy uczeń jest gotowy, zjawia się nauczyciel” – niczego nie można na nikim wymusić, każdy jest odpowiedzialny za swoje życie i własne szczęście, nie można nikogo uszczęśliwiać na siłę. Uważam, że do zmiany trzeba dojrzeć – niezależnie czy ma się 18 czy 50-kilka lat (tak jak jeden z moich klientów). Gdy pojawia się ta świadomość i pierwsze poczucie gotowości, nadchodzi czas na działanie. Praca z takimi ludźmi wynagradza, gdy widzi się ich rozwój i nabieranie pewności siebie. Takie właśnie jednostki potrafią „zarażać” innych swoją energią i pokazać na własnym przykładzie, że się da. Trzeba jedynie wiedzieć jak.

Jeżeli ludzie mają marzenia, to co może im przeszkadzać w ich realizacji?

Jest kilka przeszkód, które stoją na drodze do dokonania zmiany, a także doświadczania pełniejszego i radośniejszego życia. Większość przeszkód jest w naszych głowach. Najczęściej są to negatywne przekonania i lęki, które towarzyszą każdemu z nas od momentu pierwszych lat życia. Często przeszłość potrafi być skutecznym demonem, który niweczy wszelkie starania w wykonaniu pierwszego kroku ku czemuś nowemu, nieznanemu i często – paradoksalnie – upragnionemu. Gdy rodzice/ autorytety/ najbliżsi wmawiali nam, jako dziecku, że czegoś się nie da, coś jest trudne i wręcz wstrzymywali nas od podejmowania prób i uczenia się na błędach, nie można oczekiwać, że tak głęboko wryte przekonanie „niemożności w działaniu” w danej osobie zmieni się z dnia na dzień. Do tego wymagany jest system małych kroków i wsparcia.

Kolejną sprawą są lęki – lęk przed odrzuceniem, przed zmianą czy lęk przed nieznanym – lęki to fałszywe schematy myślowe, które są iluzją i tworem wyobraźni – tworzą coś, co nie istnieje. Te lęki są potęgowane „głosikiem” w naszej głowie, który generuje najlepsze wymówki świata – najciekawsze jest to, że ten głosik zjawia się nieproszony i niepytany o zdanie. Przykładem może być tutaj lęk przed dokonaniem zmiany np. pracy – znam wiele osób, które nie cierpią swojej pracy, czują, że zapuścili w niej korzenie i boją się sięgnąć po lepszą pracę, bo X, Y, Z itd… Dobrą wiadomością jest to, że to wszystko można zmienić i jest to proces, który każdy z pełnym powodzeniem może przejść!

A co jeżeli ludzie nie mają marzeń, albo tak jak wiele osób, nie są pewni czego chcą?

Spotkałem się z wieloma osobami, które twierdziły, że nie mają marzeń. We wszystkich przypadkach, z którymi pracowałem, rozwiązaniem była szczera i otwarta rozmowa o tym co sprawia im przyjemność w życiu, czego chcieliby więcej, jak wyobrażają sobie swoje „idealne dni” itd. Takie rozmowy prowadziły do wspaniałych wniosków i owocowały w nakreśleniu marzeń w formie celów. To zazwyczaj kwestia zmiany perspektywy na „codzienność” i wyrwanie takiej osoby z „ulubionego fotela”, aby spojrzała na siebie w nowy sposób i posłuchała siebie nową parą uszu. U każdego z łatwością jest wyczuć, gdy coś go interesuje – zaczyna mówić szybciej, energiczniej, z pasją i fascynacją, widzi się „zaszklone oczy”, czuje się wspaniałą energię i połączenie itd. – w takim momencie wystarczy zatrzymać tę osobę i uświadomić jej co przez nią przepływa – to punkt startowy. Każdy z nas ma marzenia, niektórzy po prostu jeszcze o nich nie wiedzą.

Tak też było z tobą, nie zawsze żyłeś tak jak żyjesz dzisiaj?

Zgadza się, moje życie teraz, w porównaniu z tym kilka lat temu to dwie różne historie. Trochę jak w książkach przygodowych – bohater poszukuje swojego miejsca w życiu i potrzebuje postawić czoła wielu trudnościom na swojej drodze. To pozwala mu zrozumieć kim jest i jak to jest być autentycznym sobą. Dojście do momentu, w którym jestem teraz, zajęło mi większość mojego życia. Wyrwanie się ze stereotypu „ideału młodego Polaka” było trudne, walczyłem z oczekiwaniami moich rodziców i najbliższych wobec mnie. Zawsze miałem dobre oceny, wiedziałem co jest dobre a co złe, miałem świetną pracę, rodzice cieszyli się, że mają tak ułożonego syna. Po pewnym czasie i decyzjach, które podjąłem zrozumieli, że kroczę własną ścieżką życia i zauważają, że stałem się inną, szczęśliwszą osobą. Wspierają mnie w tym, nawet wtedy, gdy nie do końca rozumieją co robię i jaki jest w tym sens. Myślę, że i oni dojrzeli do tego, że moje życie to moje życie i mogę z nim zrobić co chcę. Cieszą się teraz z moich sukcesów i są obok, gdy upadnę, taka jest proza życia. Rodzina jest dla mnie najważniejsza.

Przede wszystkim, nauczyłem się akceptować popełnione błędy i dojrzałem do ich wykorzystywania, abym mógł wzrastać i stawać się lepszą wersją siebie. Spełnienie marzeń takich jak 30 dniowa, dziewicza jazda motocyklem przez Bałkany, posiadanie rajdówki i starty w amatorskiej lidze, nauka boksu tajskiego w Tajlandii czy reprezentowanie Polski na Otwartych Mistrzostwach Pamięci nie byłyby możliwe, gdybym nie podjął decyzji, że chcę coś zmienić w swoim życiu. Każde kolejne marzenie, za które się zabierałem, było dużym wyzwaniem, lecz każde z nich wzmacniało mnie i podkręcało moją pewność siebie. Niemożliwe powoli stawało się możliwym.

kris moto

Ile trwała twoja historia do momentu w którym teraz jesteś i co się wtedy działo?

Myślę, że momentem, gdy coś zaczęło się zmieniać był czas liceum. Miałem 18 lat, byłem prawiczkiem i wzorowym nerdem komputerowym z masą trądziku na twarzy i niekoniecznie przystępną aparycją. Koledzy mieli dziewczyny, inne życie, wyjazdy, zabawy, imprezy. Zazdrościłem im tego. Zmiany często przychodzą, gdy coś w człowieku pęka, tak było u mnie. Też chciałem spędzać czas z innymi, cieszyć się wspólnym towarzystwem, mieć dziewczynę. Wtedy podjąłem pierwsze decyzje, że chcę się zmienić. Zacząłem czytać, spotykać się z ludzi, odbyłem różne kursy w zakresie relacji międzyludzkich, czytałem jeszcze więcej. Później poszedłem na studia, dalej Erasmus i wyjazd do Danii na rok a tam praca jako kelner. Pojawiła się pierwsza duża kasa, zacząłem podróże – zaliczyłem największą ilość krajów Europy w jeden rok, poznałem masę wspaniałych ludzi i doświadczeń, wypływała ze mnie czerń i napełniałem się radością. Potem kolejne szaleństwo – powrót do Polski z Danii na rowerze z moim kumplem. Dalej znów wyjazd na staż do Budapesztu, zaowocowało to kontraktem w tej samej firmie w Warszawie itd. Do tego czasu byłem prawdziwie szczęśliwym.

Wtedy też rozpocząłeś swoją podróż, a kiedy był ten najważniejszy moment?

Do grudnia 2015 pracowałem w dużej korporacji, która zaliczała się do prestiżowej „Fortune 500”, lecz od połowy roku 2014 czegoś zaczęło mi brakować… był to brak szczęścia. Moje cele były inne niż firmy, w której pracowałem. Kasa się zgadzała, nie będę tutaj nikogo oszukiwać, lecz w moim sercu ziała pustka. Moim znajomi i rodzina widzieli we mnie człowieka sukcesu, „taki młody, a tak sobie świetnie radzi” itd., lecz prawda była taka, że coś umierało we mnie z miesiąca na miesiąc i nie wiedziałem, jak temu zapobiec. Zamykałem się w sobie. Zacząłem odcinać się od ludzi, żyłem jak roślinka, z dnia na dzień. Wtedy ponownie przelała się czara goryczy, wszystko zmieniło się pod koniec marca 2015, gdzie postanowiłem, że z końcem roku odchodzę z pracy, wsiadam na motor i spierniczam, gdzie pieprz rośnie, byle w stronę wolności. I tak się właśnie stało. Jestem teraz wolny, to inne życie. Jest w nim wiele wyzwań i 5 razy więcej pracy niż na etacie, lecz teraz wiem czego chcę i po co robię to co robię. Mam misję w życiu – chcę pomagać ludziom wykręcić z życia to co najlepsze, rozbudzić ich, potrząsnąć i pokazać im, jak wspaniały jest ten świat i jak można doświadczać go na własnych regułach.

Teraz przed Tobą kolejne wyzwanie, powiedz dokładnie co chcesz zrobić?

Tak, kiedy o tym myślę, to aż skręcają mi się kiszki – 23 lipca podchodzę do ustanowienia rekordu Guinnessa w zapamiętaniu talii kart (52 karty) pod wodą na jednym wdechu, aby później odtworzyć ten układ kart przy użyciu nowej talii, będąc już na powierzchni.

kris pod woda

Czy ktoś robił to wcześniej, albo jaki jest rekord?

Nikt, nigdy nie zrobił czegoś takiego wcześniej na świecie w takim układzie, w którym robię to ja. Kiedy o tym pomyślę, czuję w tym moc. Były rekordy na najszybsze zapamiętanie talii kart (na powierzchni) czy zapamiętanie jak największej ilości kart pod wodą, brzmi podobnie, lecz jest różne.

To też była droga pełna wybojów, zgadza się?

Och tak, gdy przerzucam te wszystkie wyboje przed swoimi oczami, to aż się dziwię, że mam całe zęby i wszystkie klepki na miejscu (w takim przekonaniu przynajmniej żyję). Gdy zaczynałem całe przedsięwzięcie, kompletnie nie wiedziałem, na co się piszę. Gdybym teraz mógł wziąć pompkę do opon, podłączyć ją do słowa „kompletnie” i wciskać w nie powietrze, to zobaczyłbyś duży balonik, który może nadal przypominałby to słowo.

Doświadczyłem tylu doświadczeń, ludzi, energii, żalu, radości, smutku, euforii, zwątpienia, niepewności, że starczyłoby na obdzielenie kompani wojska, lecz właśnie to pcha mnie do przodu. Kiedy czuję, że mam wpaść w kolejny wybój na swojej drodze to myślę sobie „dawaj skurczybyku, pokaż na co Cię stać” – zazwyczaj taki wybój w tym momencie wstaje z klęczek, uśmiecha się krzywo i wbija mnie mocno w glebę. Może jestem dziwny, ale fascynuje mnie to i utwardza mój charakter, moje poczucie wartości i determinację udowodnienia sobie, że prędzej szczeznę, niż się poddam. Może mam nierówno pod sufitem, ale jaram się życiem i chcę tego uczyć innych.

Długa historia krótką – gdy spełniałem swoje marzenie przejazdu motocyklem przez Bałkany, w Chorwacji na nurkowaniu poznałem Olka, instruktora z Centrum Nurkowego Tryton. Po roku zadzwoniłem do Olka z pytaniem czy nie zna kogoś, kto mógłby mnie wesprzeć w nurkowaniu i podejściu do ustanowienia rekordu – 5 minut później CN Tryton zadeklarował pełne wsparcie –kilku ex komandosów do dyspozycji, każdy potrzebny sprzęt nurkowy, łódkę na wodzie, drona w powietrzu  i inne cuda. Wtedy poczułem, że wszystko będzie dobrze. Wariat lgnie do wariata, a normalni lgną do wariatów. Prowadzenie poważnego i nudnego do skichania życia pozostawiam „normalnym”. Później było już tylko coraz trudniej. Zapamiętywanie kart nie szło mi pod wodą, aż wstyd było mi się przyznać przed Waldkiem Wnorowskim, który mnie asekurował pod wodą. Później na horyzoncie pojawił się fakt, że odłożona kasa z korporacji szybko topnieje. Dalej, gdy składałem aplikację do Guinnessa, odrzucili ją, odpowiedzieli, że jeśli mam korzystać z automatu z powietrzem pod wodą to nic z tego. Myślałem, że zapadnę się pod ziemię. Wszystko pod górkę! Wysłałem do nich 3 nowe sugestie, skończyło się na tym, że mam zapamiętać talię kart pod wodą na… wstrzymanym wdechu! Boże, ja nigdy nie wstrzymywałem oddechu, czy oni powariowali?! Był wtedy ciepły, słoneczny dzień, opierałem się o motor, na którym przemierzyłem tyle tysięcy kilometrów. Gdy przeczytałem tę wiadomość poczułem skręt wszystkich wnętrzności. Praktyka medytacja wstrzymała mnie przed wykrzyczeniem nowego problemu. Założyłem wtedy spokojnie kask na głowę, odpaliłem motor i przejechałem się kilkanaście kilometrów. Wtedy powiedziałem sobie, że to zrobię. Koniec kropka. Skicham się, a to zrobię. Wszystko się jakoś ułoży, przecież zawsze tak jest. Z tymi myślami oddałem się przyjaznemu warczeniu mojego wspaniałego motocykla. Problemy od tego momentu przestały narastać, zaakceptowałem rzeczywistość i zacząłem pracować na tym co miałem. Niemożliwe istnieje tylko w naszej głowie.

Postanowiłeś poprosić o wsparcie społeczność na polak potrafi, o co w tym chodzi?

Zgadza się, postanowiłem, że zrobię coś na przekór sobie i swojemu zakorzenionemu przekonaniu, że poproszenie ludzi o wsparcie to wstyd, hańba i plama na honorze. Postanowiłem publicznie opowiedzieć o tym co chcę zrobić i zachęcić ludzi do wsparcia finansowego w zamian za fajne nagrody. Akcja na Polak Potrafi ma na celu pewną „wymianę handlową”. To trochę jak stanięcie przy kolumnie Zygmunta w Warszawie w sobotnie południe i donośne opowiedzenie wszystkim przechodzącym ludziom (z których część się zatrzyma i posłucha), dlaczego chcę ustanowić rekord Guinnessa, jaki jest w tym sens, co się przez to zmieni, jak wpłynie to na innych, jak zainteresowani na tym skorzystają. Spośród wszystkich tych, którzy się zatrzymali i wysłuchali, niektórzy zdecydują się pomóc i tym oferuję zaangażowanie się w akcję – taka osoba wchodzi na stronę mojego projektu (www.polakpotrafi.pl/projekt/rekord-guinnessa-2016), wybiera jedną z interesujących ją nagród, wpłaca X złotych i w ten sposób ja buduję budżet na ustanowienie rekordu, a dana osoba zdobywa fajną nagrodę i poczucie, że jest częścią czegoś fajnego. Tak dokonuje się tej „wymiany handlowej”.

Kris, dzięki za rozmowę i powodzenia w projekcie!

Dzięki! Zapraszam gorąco 23 lipca na uczestnictwo w ustanawianiu rekordu Guinnessa w Chmielnie w Kaszubskiej Bazie Nurkowej (CN Tryton), a także na śledzenie moich postępów na www.facebook.com/ogarsystem

 

Ja już wsparłem Krisa i gorąco zachęcam do tego jeszcze Ciebie:)

www.polakpotrafi.pl/projekt/rekord-guinnessa-2016

F.