fence

Steve Jobs bardzo często wspominał o tym, że najłatwiej jest osiągnąć sukces, zajmując się tym, co naprawdę kochamy.

Myślę, że każdy z nas podświadomie zgadza się z tym stwierdzeniem, myślę też jednak, że może być dla was zaskakujące, co tak naprawdę kryje się za tymi słowami. Pewnego razu poproszony o rozwinięcie myśli Jobs stwierdził, że ostatecznie wszystko sprowadza się do wytrwałości.

Problemy, trudności i kryzysowe sytuacje pojawią się niezależnie od tego, czym się zajmujemy. Ale jeżeli będziemy w branży, którą się pasjonujemy, znajdziemy w sobie więcej siły, żeby z tym wszystkim walczyć. Będzie nam łatwiej przełknąć porażki, bo wciąż będziemy lubić to, czym się zajmujemy.

Jeżeli mowa o wytrwałości, to nie sposób wspomnieć też o motywacji. Co sprowadza mnie do dzisiejszego pytania: jesteście napompowani czy zmotywowani?

Juice

Pamiętam, że kiedy pracowałem jeszcze w finansach naszym słowem kluczowym było „juice”. Juice to, juice tamto. Wszystko było juice, a najbardziej juice było juice’owanie innych. Swoją drogą nawet nie wiem, jak to napisać, w każdym razie mówiło się „zdżusować”.

Dżusowanie oznaczało pozytywne nakręcenie. Pokazanie komuś wizji tego, co może osiągnąć, ile może zarobić i jak wysoko może się wspiąć.

Taki gość, jeżeli był dobrze zdżusowany, cały się trząsł. Źrenice miał powiększone, tętno podwyższone, a oddech przyśpieszony. Łapał za telefon, biegał na spotkania i domykał wszystkie umowy u wszystkich klientów. To była magia.

Magia miała jednak swoją cenę, a dżus szybko się kończył. Jak zastrzyk z adrenaliną – momentalnie podnosił ciśnienie, ale też szybko się wyczerpywał. Za każdym razem też starczał na coraz krócej i łatwo było się od niego uzależnić. W końcu wszyscy chodziliśmy ze spotkania na spotkanie, z meetingu na galę w poszukiwaniu dżusa, chłonąć każdą jego namiastkę i pompując się jeszcze odrobinę.

Na dłuższą metę nie było to zdrowe. Ja przynajmniej przypłaciłem to długim chorowaniem.

Źródło

Druga historia jest świeższa. Choć na pozór były podobne, to nie mogły się od siebie bardziej różnić. Chodzi o moje wejście do świata animacji, które opisałem dokładniej tutaj.

Wciąż jest to historia zdobywania klientów, uczenia się od zera oraz wielu upadków i trudności, od dobijania się do decydentów przez poprawianie odrzucanych scenariuszy. Ta podróż miała jednak zupełnie inny początek – zaczynała się w środku. Stamtąd też pochodziła jej motywacja.

To właśnie różni te dwie historie – źródło motywacji.

W tej pierwszej pozostało na zewnątrz. Było płytkie, krótkotrwałe i szybko się wyczerpywało.

To drugie było spokojne, głębokie i samowystarczalne.

To pierwsze trzeba było nieustannie ładować, o tym drugim wystarczyło od czasu do czasu sobie przypomnieć.

To jednak dopiero początek, a to skąd pochodzi twoja motywacja, ma kluczowe znaczenie dla każdego kolejnego aspektu życia i pracy.

Osoba napompowana i osiągająca sukces od razu rzuca się na kolejne wyzwania. Nie może pozwolić sobie na moment odpoczynku, bo dopada ją kac i pustka.

Jeżeli sukces wynika z wewnętrznej motywacji i jest spójny z celami, będzie źródłem spokojnej radości, która co jakiś czas będzie wywoływała uśmiech zadowolenia na twojej twarzy.

Z drugiej strony, gdy poniesiesz porażkę po tym, jak cię dobrze napompowano, to będzie druzgoczące, piorące z emocji.

Jeżeli jednak poniesiesz porażkę w dążeniu, które jest z tobą spójne, ból minie znacznie szybciej, a nawet jeżeli zatrzęsie twoim światem, to nie wywróci go do góry nogami. Następnego dnia weźmiesz głęboki oddech i wrócisz do roboty, ponieważ, to, co robisz, wynika z tego, kim jesteś. A to się nie zmieniło.

Chwila na refleksję

Zbliża się okres świąteczny. Większość osób gdzieś między karpiem (nie kupujcie żywych!) a rozmową o polityce ma zazwyczaj chwilę czasu dla siebie. Polecam więc wykorzystać ten moment na zastanowienie się, czy cele, za którymi się uganiamy są rzeczywiście nasze?

Czy nie są to jedynie narzucone nam schematy, rzeczy, które brzmią dobrze, ale nie mają z nami nic wspólnego?

Tym razem proponuję podejść do tematu trochę inaczej. Zamiast myśleć o swojej pracy, zastanów się, kto byłby najbardziej rozczarowany twoją rezygnacją? Przed kim wstydzisz się przyznać, komu najtrudniej byłoby o tym powiedzieć?

Rodzicom? Szefowi? Znajomym ze studiów? Byłej miłości? Obecnemu partnerowi? Sobie?

Ten prosty test niesie ze sobą odpowiedź na szalenie ważne pytanie: czyim życiem żyjemy.

Czyje cele staramy się za wszelką cenę realizować? Skąd pochodzi nasza motywacja?

Esencja

To oczywiście dopiero wierzchołek góry lodowej. Początek odkrywania, skąd pochodzi nasza motywacja i czyim życiem żyjemy.

Po raz pierwszy pomyślałem o tym w ten sposób, gdy zapoznawałem się z programem mojego przyjaciela Krzysztofa Kuicha.

To on zwrócił moją uwagę na to, jak wiele decyzji w naszym życiu dyktowanych jest cudzymi oczekiwaniami, z czego zazwyczaj nawet nie zdajemy sobie sprawy.

Pozbywanie się tego typu ograniczeń to niełatwy proces, ale naprawdę możliwy do zrealizowania. Sam jestem tego dobrym przykładem.

Jeżeli ty też zastanawiasz się nad tym, czy aby przypadkiem nie realizujesz w swoim życiu cudzych pragnień, masz od dawna odkładane marzenie lub czujesz pustkę, zachęcam do skorzystania z pomocy Krisa.

Krzysiek właśnie ruszył z projektem, który pomaga zajrzeć w głąb siebie, odnaleźć prawdziwą motywację i zrealizować istotne dla nas cele.

Tutaj jest nagranie w którym wszystko tłumaczy.

Serdecznie polecam, szczególnie w okresie podsumowań i snucia wielkich planów.

F.

#postNIEsponsorowany

Zdjęcie tytułowe: Michael Pardo