Mouths_of_amazon_geocover_1990

Czasami to nie nowe rozwiązanie starego problemu, tylko świadomość, że inni też bywają w podobnej sytuacji, potrafi być bardziej budująca.

Jednym z moich, że tak powiem, przewlekłych problemów, jest kwartalne lub nawet „co miesięczne” zmienianie mojego życiowego powołania.

Znasz ten problem?

Sinusoida

Każdy ma inne wyobrażenie o swoim idealnym życiu zawodowym. Dla jednych nie jest istotne to co będą robić, byle na koncie się zgadzało. Inni wyobrażają sobie wędrowanie po szczeblach kariery w dużej i stabilnej korporacji. Jeszcze inni chcą być właścicielami małych biznesów.

Ja od zawsze byłem pewien jednego: moja praca będzie częścią mojego życia. Nie wyobrażam sobie tego inaczej.

Może to brzmieć jak fanatyczny pracoholizm, ale ja wyobrażam sobie to jako pracę, która „wyrasta prosto z mojego rdzenia”. Jak bycie sportowcem albo muzykiem. Jesteś swoją pracą – nie może być inaczej, jeżeli chcesz osiągnąć w niej coś więcej.

Poszukiwanie mojego powołania zajmowało mi zawsze sporo czasu i energii, a w pewnym momencie zacząłem zauważać taki schemat:

  1. Zaczynam interesować się nowym tematem.
  2. Rzucam się na niego: kupuję książki, zapisuję się na kursy, śledzę blogi, lokalizuje liderów i spijam słowa z ich ust.
  3. Opowiadam swoją historię od nowa, tak. aby okazywało się, że wszystkie moje dotychczasowe życiowe doświadczenia doprowadziły mnie właśnie do tego punktu.
  4. W bardzo krótkim czasie wgryzam się głęboko w temat i staję się całkiem dobry jak na początkującego.
  5. Nagle nudzę się tym tematem, by po chwili porzucić go całkowicie.

Łapię nową zajawkę i cykl zaczyna się od początku.

Możesz sobie wyobrazić frustrację, gdy po raz kolejny zdajesz sobie sprawę, że to, co miało być twoim życiowym powołaniem, okazuje się dwutygodniową zajawką, albo gdy po raz kolejny upada projekt, do którego powoli tracisz serce.

Z czasem przestałem nawet sobie ufać – bo skąd pewność, że to, czym się teraz interesuję, będzie miało znaczenie w kolejnym miesięcy? Zwolniłem z angażowaniem się, zacząłem patrzeć na decyzje jako na pochopne, ale to i tak nie rozwiązało problemów.

Jakiś czas temu trafiłem na TEDa Emilie Wapnick, która zaczęła opowiadać o dokładnie takich doświadczeniach. Emilie zadała pytanie, czy są osoby, którym po prostu nie jest dane posiadanie jedno życiowego powołania? Najwyraźniej tak. Dla niej jesteśmy multipotentialite, czyli osobami, które mają bardzo szerokie i zmienne pole zainteresowań.

Plusy bycia Multipotentialite

Gdy jestem akurat na fali nowej zajawki, widzę mnóstwo plusów takiego charakteru. Moje doświadczenia pokrywają się zresztą w pełni z tym, o czym na swoim blogu „Puttylike” piszę Wapnick.

Po pierwsze, bardzo szybko się uczę. Potrafię rzucić się na nowy temat, wgryźć się w jego sedno, przejechać przez stosy materiałów w bardzo krótkim czasie i poświęcić na to mnóstwo energii. Dzięki temu łatwo rozeznaję się w tym, co jest kluczowe w danym temacie, i robię bardzo duże postępy.

W związku z tym z biegiem czasu przestałem bać się podejmowania nowych wyzwań, czy szukania pracy w nowych branżach, o czym pisałem ostatnio, gdy zająłem się animacją. Robiłem to już przecież tyle razy wcześniej.

Po drugie, potrafię wykorzystać wszystkie moje dotychczasowe doświadczenia w tej nowej branży, co często sprawia, że mogę zaproponować unikalny punkt widzenia, który rozwiązuje powszechny problem.

Zauważyłem, że zajmując się już tak wieloma różnymi rzeczami w przedziwnych środowiskach nauczyłem się szybko wczuwać w sytuację różnych ludzi, co zdecydowanie pomaga, gdy pisze copy do nowej reklamy lub scenariusz do animacji. Emilie Wapnick nazywa to elastycznością.

Minusy bycia Multipotentialite

W pewnym momencie jednak sinusoida się odwraca. Tracę zainteresowanie tematem albo trafiam na problem, który zaczyna wymagać naprawdę dużego zainteresowania i moje szybkie uczenie się przestaje wystarczać. Zaczynam wtedy dostrzegać wiele minusów takiego charakteru, albo zagrożeń, jakie ze sobą niesie.

Po pierwsze, mam wrażenie, że nigdy nie zaangażuję się w coś na wystarczająco długo, żeby być w tym naprawdę dobry. Boję się, że będę tą osobą, które zawsze „rozkręca start-up”, nigdy nie osiągając prawdziwego sukcesu.

Po drugie, czuję się jak osoba, która nie ma rynkowi pracy niczego ciekawego do zaoferowania, bo nie jestem w niczym konkretnym specjalistą.

Do tego dochodzi jeszcze cała frustracją związana z tym, że nigdy nie kończę projektów, mam słomiany zapał, i tak dalej.

To wszystko oczywiście nieprawda, albo raczej – nie do końca prawda. Ot, choćby ten blog i projekty, które na nim opisuję, są dowodem na to, że potrafię doprowadzać założone zadania do końca. A mimo wszystko w momentach takiego zjazdu ciężko jest się pozbyć przekonania, że to do niczego nie prowadzi.

Szczęście w nieszczęściu, taki stan rzeczy nie trwa też nie wiadomo jak długo i po chwili znajduję sobie kolejną zajawkę, albo całkowicie przebudowuję projekt, nad którym aktualnie pracowałem, żeby znowu był ekscytujący i świeży. Cykl zaczyna się od nowa.

Esencja

Piszę o tym przede wszystkim dlatego, że gdy zdałem sobie sprawę, że inni też mają z tym problem, poczułem się lepiej. Dotychczas po prostu myślałem, że coś ze mną jest nie tak.

Problem polega na tym, że mimo że wszyscy wiedzą, że każdy ma inny charakter, to system edukacji promuje tylko jedno podejście: bycie specjalistą. Osoby często zmieniające zainteresowania traktuje się jak dziecinne albo niedojrzałe, wywołując u nich mnóstwo niepotrzebnej frustracji.

Bardzo jestem ciekaw, czy wśród czytelników tego bloga znajdzie się ktoś, kto boryka się z podobnymi problemami?

F.

Zdjęcie tytułowe: Wikipedia