matches

Od kilku tygodni pracowałem nad kampanią marketingową dla dużego pośrednika finansowego. Nie dostałem zlecenia, ale widziałem biznesową szansę i próbowałem wymyślić coś dobrego. Niestety coś dobrego nie nadchodziło. To działo się kilka lat temu.

Zdobyłem kontakt do członka zarządu i okazało się, że już niedługo mieliśmy być w tym samym czasie w Warszawie. Czułem jednak, że nie będzie dane nam się spotkać, jeżeli nie będzie ku temu naprawdę dobrego powodu, lepszego niż „porozmawiajmy o strategii”.

Następnego dnia zadzwoniłem do niego jeszcze raz i powiedziałem, że wczoraj wieczorem zupełnym przypadkiem wpadliśmy na doskonałą strategię marketingową, coś genialnego, 10/10, prawdziwy killer i że chętnie opowiem o tym w Warszawie. To okazało się być dużo ciekawsze i nagle uzgodniliśmy godzinę oraz miejsce spotkania.

Kolejny telefon wykonałem do Roksany, mojej ówczesnej partnerki w zbrodni, i powiedziałem:

– R, mamy dwa tygodnie, żeby wymyślić coś naprawdę genialnego!

Deadline is a king

Coś niesamowitego dzieje się w ludzkim mózgu, gdy czuje presję zbliżającego się terminu. Nagle okazuje się, że mamy czas i siły, których pozornie nie mieliśmy: kończymy projekty przez noc, piszemy prace dyplomowe w dwa tygodnie, tworzymy genialne kampanie marketingowe w kilka dni.

Fajnie opisuje to Tim Urban, który robiąc super nowoczesny rezonans magnetyczny mózgu osoby stale prokrastynującej odkrył, że jedynym, kogo boi się Instant Gratification Monkey, jest Panic Monster, który pojawia się, gdy nieubłagalnie nadchodzi termin.

Panic Monster

Nam też się wtedy udało.

Pomysł, na który wpadliśmy, kilka dni później okazał się być świetny. Ostatecznie nie pokrywał się z nową wizją przedsiębiorstwa, o której dowiedzieliśmy się później, ale był na tyle dobry, by otworzyć kolejne drzwi i przerodzić się w ponad rok bardzo udanej współpracy.

Nie był to ostatni raz, gdy zbliżający się termin pomógł mi postawić projekt na nogi. Nie wspominając już o pracach dyplomowych… W ten sposób też powstał ten blog.

Z zamiarem pisania o rozwoju kreatywności nosiłem się przez rok, a może nawet więcej, aż boję się dokładnie policzyć! W pewnym momencie zbiegły się jednak dwie rzeczy.

Z jednej strony moja frustracja osiągnęła poziom szczytowy, a z drugiej pojawiła się możliwość uczestniczenia w kursie moderatora design thinkingu, organizowanym przez DT Poznań. Znałem tę metodę, właśnie skończyłem czytać o niej kolejną książkę, i postanowiłem wziąć w nim udział. Gdy poszedł przelew, zadałem sobie pytanie, czy chcę pójść na ten kurs jako „osoba, która pisze na temat rozwoju kreatywności”, czy jako osoba, która „chciałaby pisać bloga”?

Odpowiedź była oczywista i w niecałe dwa tygodnie ogarnąłem adres, serwer, szablon, projekt i przede wszystkim napisałem pierwszego posta (którego historia sama w sobie też jest ciekawa, ale o tym innym razem).

Jednak termin, żeby był motywujący, musi być krótki. Dla mnie sprawdzają się wtorki, dwa tygodnie najwyraźniej również.

Miesiąc też motywuje większość osób, ale wszystko ponad wydaje się być już zbyt abstrakcyjne. Nie czujemy presji czasu i pozwalamy przemijać kolejnym dniom.

Pewnie dlatego tak wiele osób ma problem z zabraniem się za realizowanie wielu swoich marzeń. Nauki francuskiego, gry na gitarze, podróży do Peru czy kupienia motocykla. Te wydarzenia nie mają w większości terminu realizacji, dlatego tak łatwo przekłada się je na kolejny dzień, ale ten nigdy nie nadchodzi.

Esencja

Mój przyjaciel Kamil Gołębiowski wbił mi kiedyś do głowy obraz, którego ciężko się pozbyć.

Wyobraź sobie, że masz przed sobą pudełko zapałek. Wysypujesz je na stół i układasz obok siebie. Jest ich około osiemdziesięciu – dziewięćdziesięciu.

Pierwsze dwadzieścia-trzydzieści spal, one już minęły.

Ostatnich dwadzieścia też możesz w zasadzie spalić – emerytura to nie jest czas na rozpoczynanie nowego życia.

Reszta leży przed tobą. Co roku jedna z nich spłonie. Prawdę mówiąc, będą się wypalać codziennie po trochu.

Masz przed sobą czterdzieści zapałek. Co z nimi zrobisz?

F.

Zdjęcie tytułowe: